24 paź 2012

Polowania dewizowe

Autor: Jerzy Chmiel | Kategoria: Artykuły

Dobiega niemal 30 lat mojej przygody łowieckiej. Coraz częściej wracam do notatek i zapisów które kreśliłem corocznie w Kronice Koła. Od roku 1986 podprowadzałem dewizowców polujących na rogacze w obwodach naszego Koła. Dla przyjeżdżających do nas cudzoziemców było to najczęściej pierwsze zetknięcie z Polską o której mówiło się u nich jako kraju szarym, biednym i zacofanym. Staraliśmy się zawsze obalać te mity, pokazać bogactwo naszego łowiska, naszą kulturę łowiecką i polską gościnność.
Do dziś wspominam zachwyt myśliwych gdy wracając rankiem, najczęściej furą zaprzężoną w parę koni, cieszyli oczy zdobytymi trofeami a przez leśną drogę przeskakiwały nam jeszcze wracające do dziennej ostoi dziki i sarny. Wszyscy którzy u nas polowali odjeżdżając byli zachwyceni tym, co tu ich spotkało. Dla nas była to ogromna satysfakcja i radość.
Dzisiaj zmieniły się czasy, nie ma granic, ani wiz, Koło nie sprzedaje polowań cudzoziemcom i radzimy sobie także całkiem dobrze.
Atmosferę tamtych polowań najlepiej oddają dwa opisy które zrobiłem w roku 1993.

 

Polowania dewizowe

 

11-14.05.1993 roku – Polowanie pierwsze

Po raz pierwszy wydano zgodę na polowanie dla myśliwego z zagranicy na terenie obwody nr 13.
Jest to jeden z obwodów Koła, w którym znajduje się jednostka wojskowa. Teraz wreszcie stwierdzono, że nie mamy już nic do ukrycia.
Przed każdym polowaniem dewizowym jest trochę nerwów i tremy.
Wiadomo, chciałoby się pokazać jak najwięcej zwierzyny, ale na polowaniu różnie bywa.
Przyjeżdżają też różni myśliwi, wiedzę o polowaniach w Polsce czerpią z folderów biur podróży. Wmówiono im, iż tu za każdym drzewem czeka na nich rogacz lub dzik… A z umiejętnościami i etyką myśliwską też bywa różnie.
Tym razem jednak było inaczej. Przyjechał myśliwy z Austrii, młody ale po ich dobrej szkole. Spokojny, chodzi cicho, nie gorączkuje się, nie próbuje strzelać bez zgody i wymuszać metody polowania. Etyka przede wszystkim. Wychodzimy o świcie do lasu, idziemy wolno wzdłuż granicy pól, gdzieś na wschodzie widać pierwszy promyk słońca. Z opuszczonego ogrodu zmierza do lasu rogacz, stary uwsteczniający się szóstak. Czekamy aż podejdzie bliżej. Niech strzela myślę, zobaczymy co potrafi. Gdy kozioł jest na skraju lasu pada strzał, rogacz skacze do przodu i zostaje – strzał komorowy. Dobrze jest – pierwszy rogacz po 10 minutach. Ruszamy dalej. Wędrujemy po leśnych dróżkach krok po kroku, jest koza, słaby szóstak, młody szpicak.
Nagle za drzewem dostrzegam rogacza, spokojnie obgryza gałązki ,nie widzi nas, mocny szóstak w wieku ok. 6-7 lat. Ruchem głowy zgadzam się na strzał, myśliwy mierzy krótko i drugi rogacz na rozkładzie. Napięcie pryska jak bańka mydlana, pierwszy ranek i dwa rogacze a przed nami jeszcze dwa dni polowania. Z zaplanowanymi pięcioma sztukami nie powinno już być kłopotu. Spokojnie wracamy do samochodu, słońce coraz wyżej – jest ok. 7.oo. Ładujemy przyniesionego rogacza i jedziemy po pierwszego, ostatnie 100 metrów trzeba przejść piechotą. Wychodzimy dziarsko na skraj lasu… i stajemy jak wryci.
Z pól, w pełnym blasku słońca, ciągnie do lasu potężny rogacz. Myśliwy patrzy na mnie pytającym wzrokiem. Trzeba strzelać – myślę – skoro św. Hubert daje, takiego rogacza możemy już nie spotkać. Pewny strzał i jest właściwie po polowaniu.
Wracamy na kwaterę radośni, oglądając po drodze jeszcze dwa żerujące szóstaki.
Pozostałe dwa rogacze, myłkusa i starego widłaka, strzelił w dwa wyjścia za każdym razem oglądając po kilka sztuk.
Wyjechał zadowolony gdyż nie liczył na tak łatwy sukces i w dodatku nie ukradziono mu mercedesa ani broni, przed czym bardzo ostrzegali go znajomi.
Na odjezdne zapowiedział że na pewno przyjedzie za rok. Obietnicy dotrzymał.
Przyjeżdżał do naszego łowiska jeszcze przez kilka lat. Ustrzeli tu wiele ładnych rogaczy.
I piękną żonę Jolę. Są szczęśliwą parą do dziś.

 

19-25.05.1993 roku – Polowanie drugie

Przyjechało dwóch szwajcarów, przywiozła ich luksusowa limuzyna. Zanim weszli na kwaterę kontrolę przeprowadził jegomość w garniturze oglądając cały dom i robiąc zdjęcia.
„Ki diabeł” – myślę, ale widocznie u nich takie zwyczaje, a tu też i wstydzić się nie ma czego.
Próbował nam jeszcze wydawać jakieś polecenia rozkazującym tonem i pojechał oświadczając że wróci po myśliwych za 6 dni.
Trochę nas to wszystko zdziwiło: przede wszystkim po co 6 dni? Za 2-3 strzelą swoje i co będą dalej robić? Ale jak chcą to powozimy ich po lesie, w końcu płacą, a Koło potrzebuje pieniędzy. Wynajęliśmy dwie pary koni i ruszamy na podjazd. Od razu zauważyliśmy, że dowodzi jeden a drugi jakby dla towarzystwa. Nie bardzo wie co ma robić na polowaniu, choć broń ma i polowanie wykupione. Już na pierwszym podjeździe zostałem zaskoczony, a później wpadłem w przerażenie.
Szwajcar odmówił strzelania do zupełnie niezłych rogaczy, twierdząc że ma w umowie trzy sztuki powyżej 500 gram netto. A przecież rogacz o takiej masie poroża to rzadkość w każdym łowisku. W dodatku świetnie potrafi ocenić jaką przybliżoną wagę ma poroże oglądanych rogaczy. Podchodzi jak duch i po dwóch dniach świetnie orientuje się w terenie, ewenement.
Od kilku lat jestem na polowaniach dewizowych i już byłem pewien że nie ma wśród nich prawdziwych myśliwych. Tym razem jest inaczej, to doskonały myśliwy, widzę to i boję się popełnić błąd aby się nie ośmieszyć.
Po trzech dniach i sześciu wyjściach mam nerwy napięte do ostateczności.
Nie oddał strzału i wszystko co widzimy nie ma oczywiście 500 g. Liczę już tylko na cud.
A dzisiaj imieniny Iwony. Będą goście. Wyjeżdżając obiecałem żonie, że za dwa – trzy dni będzie po polowaniu i wrócę na ten wieczór. W południe jadę do domu, próbuję się usprawiedliwić, i wracam do łowiska. Na odjezdne słyszę „wiadomo Koło ważniejsze”.
I znów do lasu, wieczorem rogacze są, ale przeciętne, myśliwy mówi coś o umowie i że zostało pięć wyjść. „Niedobrze” – myślę – byle tylko coś strzelić, tylko jak go zmusić do strzału gdy rogacze poniżej oczekiwań?
Wieczorem, na kwaterze, Staszek mówi, iż widział rogacza o bardzo mocnym porożu, ale „jego” myśliwy tak zwlekał ze strzałem że go spłoszył. „Mój” myśliwy już wie i chce tam rano jechać. A więc wszystko jasne, ten drugi nie chciał strzelać, jest tu dla towarzystwa.
Przed świtem jedziemy na Brzozówki. Wychodzimy na pola od strony wsi Krzeszówka.
Jest jeszcze półmrok, w szkłach lornetki widzę jelenia i dwie sarny. Jedna z nich to rogacz, niezbyt wysokie, ale niezwykle grube parostki. Wydaje się iż wypełniają całą przestrzeń pomiędzy łyżkami. Mocna tusza i gruby kark świadczą iż to stary kozioł. „Strzelaj” – przynaglam, ten jest dobry. Długo go ogląda, – nie wierzy mi chyba. Rogacz zaczyna schodzić do lasu, jest już jasno. Wreszcie się decyduje. Pada strzał. Słyszę uderzenie kuli ale kozioł uchodzi w głąb lasu… „Nie dobrze” – myślę – będzie szukanie, ale na zestrzale jest ścinka.
Zostawiamy rogacza w spokoju i jedziemy na podjazd pod Zielony domek, tam gdzie Staszek widział wczoraj tego mocnego rogacza. O dziwo stoi, parostki wyglądają wspaniale, ale nie daje się podejść znikając w młodniku. Widzę, że myśliwy zaczyna wreszcie polować, jest dobrze. Wracamy na miejsce strzału pierwszego i po godzinie szukania znajdujemy go 400 m od skraju lasu. Parostki czarne, grube i mocno uperlone. Myśliwy jest zachwycony.
Wieczorem chce szukać tego drugiego. Pomaga mi nożem wycinać ok. 100 m ścieżki pochodowej aby cicho dojść do zrębu, proponuje także aby podchodzić na bosaka – „będzie ciszej” – mówi. Następnego ranka strzelamy tego rogacza, wspaniałe trofeum. Myśliwy polujący ze Staszkiem po kilku pudłach także strzela rogacza, ale niezbyt mocnego.
Informują nas jednak o następnym mocnym rogaczu którego widzieli. Jedziemy tam o świcie, rogacz jest, ale nie daje się podejść. Mimo to myśliwy jest zadowolony i strzela innego już słabszego rogacza… Staje się rozmowny. Mówi iż strzelił już ponad 400 rogaczy i interesują go już tylko medalowe parostki. Do tej pory polował w najlepszych łowiskach Jugosławii.
W tym roku ze względu na wojnę która tam wybuchła wybrał Polskę.
Przy wycenie przyznał, iż pierwszy strzelony u nas rogacz będzie miał drugie miejsce w jego kolekcji. Zostawił adres, telefon i zapewnił że jeśli znajdziemy rogacza lepszego od tego to on jest gotów przyjechać w każdej chwili bez względu na koszty.
A my mamy dość polowania, dewizowców i przyczepy campingowej w której spędziliśmy sześć dni bez bieżącej wody i na suchym prowiancie.

J.Chmiel

Komentowanie jest obecnie zablokowane.