17 paź 2012

Moje psy myśliwskie

Autor: Jerzy Chmiel | Kategoria: Artykuły

Moje psy myśliwskie

Od dziecka ciągnęło mnie do lasu. Nie polował niestety mój ojciec ani dziadek. Więc sam, jako kilkunastoletni chłopiec, rozpocząłem pierwsze wyprawy do lasu. Wracałem umorusany, w podartym ubraniu, znosząc do domu huby, szyszki i fantazyjnie ukształtowane konary. Mama zajęta pracą w gospodarstwie załamywała ręce. Prała i cerowała moje ubrania. Wiosną i latem wylegiwałem się na zrębach chłonąc zapach lasu. Godzinami obserwowałem szybujące myszołowy. Jesienią i zimą krążyłem po leśnych ścieżkach, obserwując żerującą zwierzynę. Marzyłem, by na ramieniu poczuć ciężar myśliwskiej strzelby. Tylko jak zostać myśliwym w końcu lat siedemdziesiątych, gdy nie miało się stanowiska, tradycji rodzinnej, znajomości? Gdy nie ma się nic poza marzeniami?  A jednak udało się, choć łatwo nie było. Może też dla tego naprawdę cieszy i smakuje do dziś. Ale miało być przecież o psach. Gdy kupiłem strzelbę naturalnym stało się, iż myśliwy musi mieć psa. Były to czasy, gdy kuropatw i bażantów były ilości nieprzebrane. Do tego od początku listopada do połowy stycznia we wszystkie niedziele polowania na zające, oraz indywidualne polowania na dziki i sarny.

Wybór padł na wyżła niemieckiego szorstkowłosego, bo jak przeczytałem to pies wszechstronny. Trop, bo tak go nazwaliśmy, choć najczystszej krwi, nie miał rodowodu. Był siódmym szczeniakiem, ale według ówczesnych zasad rodowodowa suka mogła wychować sześć rodowodowych szczeniąt. Więc reszta była wychowywana nielegalnie. Wcale to nie przeszkodziło mojemu ponadplanowemu psu osiągnąć poziom, o którym marzy niejeden właściciel metryki. Trop szczenięce miesiące spędzał w szczęśliwości, rozpieszczany przez moją mamę która nie żałowała mu niczego. Od rana biegał za nią wymuszając ciepłe mleko, sery oraz wszystko, o co w gospodarstwie było łatwo. Ale przyszedł sierpień i trzeba było zacząć psa układać. Najpierw postanowiłem przyzwyczaić go do strzałów. Najlepiej pojedz na strzelnicę, doradzali koledzy. Będziesz podchodził z daleka i pies się przyzwyczai. Podchodzimy, strzały padają, pies trochę niespokojny ale idzie. Usiadłem na ławce, koledzy strzelają, pies leży, jest dobrze. Po skończonej serii wszyscy orzekli chórem, przyzwyczaił się. „Choć postrzelasz z nami tobie też przyda się trening przed sezonem” – szło mi dobrze jak na pierwszy raz. Po skończonej serii schodzę dumny, ale przy ławce nie ma psa. Wpadłem w panikę. Godzinne poszukiwania nie dają rezultatu. Do domu bez psa nie wrócę. Wszyscy pojechali zajęci ważnymi sprawami, a ja siedzę na balkonie wieżyczki i nie wiem co zrobić. Zapada noc, cisza wokół, tylko ja i czarne myśli. Nagle z jednej z ziemianek, których mnóstwo było wokół strzelnicy, wysuwa się ostrożnie kudłaty łeb. I to była pierwsza moja wielka radość jaką dostarczył mi pies myśliwski. I nauka na przyszłość. Nigdy nie zostawiać psa bez opieki.

Byłem przekonany, że z polowań z psem nici. Na widok strzelby zmykał i z daleka obserwował moje wyjazdy na polowania. Z końcem września postanowiłem spróbować po raz drugi. Pojechaliśmy na kuropatwy. Postanowiłem nie strzelać, tylko chodzić z psem na lince. Pracuje pięknie okłada pole, linka przeszkadza więc ją odpinam. Wystawia stadko w ziemniakach, podchodzę stado zrywa się bez strzału, Trop idzie za nim lecz zaraz wraca. Idziemy dalej – znowu stójka, podchodzę – kury odlatują w łan buraków. Wchodzimy za nimi. Pies stoi jak kamień. Ładuję strzelbę i podchodzę blisko. Stadko podnosi się, pies stoi. Strzelam do skrajnej, spada, prowadzę dalej, strzelam, znowu spada. Wpatruję się w miejsce, gdzie spadły bo łan buraków duży, wołam aport a pies przepadł. W około gołe pola musi być w burakach. Sam odszukuję obie kury, potem próbuję znaleźć psa. Bez rezultatu. Teraz już jednak wiem co trzeba zrobić, siadam na skraju pola i czekam. Po pól godziny z liści wychyla się kudłaty łeb. Odczekałem znowu miesiąc. Jest połowa listopada. Pies ciekawie przygląda się, gdy wyjeżdżam na polowanie. Gwizdnąłem – wskoczył do samochodu. Idziemy z kolegą z dwu stron paska kukurydzy. Trop idzie środkiem, wyprężony ściąga krok za krokiem. Zrywa się kilka kogutów. Szybkie strzały i dwa spadają, pies odskakuje do tyłu, ogląda się i widzi jak jeden oskrzydlony zmierza do kukurydzy, rusza za nim błyskawicznie. Pewny chwyt i siada z nim przy mojej nodze. Od tej chwili polowaliśmy razem przez czternaście lat. Uczyliśmy się razem łowiectwa. Osiągnął najwyższe stopnie wtajemniczenia. Nie było postrzałka, którego by nie znalazł. Na polowaniach na zające karnie siedział przy nodze. Posłany po pędzeniu za strzelanym zającem nigdy się nie mylił, gdy był czysto spudłowany wracał natychmiast, jeśli był trafiony- z zającem… Był to czas gdy w Kole polowali dewizowcy na rogacze. choć nie układany na farbę wielokrotnie dochodził postrzałki. Odszedł od nas gdy miał 15 lat, a by opisać nasze przygody potrzeba by całej książki.

Gdy Trop miał 14 lat i widać było nadchodzącą starość zjawił się kolega z malutkim szczeniakiem. Weż młodego psa namawiał, wychowa się przy starym, wyuczy. Miałem wątpliwości, matkę widziałem, ale ojciec nieznany. „Weź” – kusił, „ojciec najczystszej krwi, w dodatku to potomek Tropa”. Szczenię wyglądało na wyżełka, gdy zobaczyły go moje nastoletnie córki złamałem się, pies został. Dostał na imię oczywiście Trop junior. Rósł szybko, nawet za szybko i z przemiłego wyżełka zaczął ku mojemu przerażeniu przekształcać się w przedziwny stwór ogromnych rozmiarów i sierści niczym grzywa lwa. Po każdym wyjściu w pole przynosił setki rzepów, których w żaden sposób nie dało się wyczesać. Postanowiliśmy psa ostrzyc może mu odrośnie normalna sierść. Odrastała błyskawicznie, ale taka sama. Kupiłem profesjonalne nożyce i przy pomocy całej rodziny strzygłem go co 2 miesiące.

Pracowałem wytrwale by nauczyć go chodzenia przy nodze, aportu i karności. Był słabym uczniem. Strzału się nie bał, na polowanie jeździł chętnie, ale starał się pracować tylko dla siebie. Gdy aportował to słychać było jak kości trzeszczą. Koledzy więc usiłowali dobiec po aport pierwsi, był jednak z reguły szybszy. Gdy po drodze miał krzaki natychmiast tam wskakiwał i usiłował zakopać zdobycz. Pozostawiony na kilka minut w samochodzie z kogutami zostawił tylko pióra. Siał spustoszenie wśród kur sąsiadów, a ja podwyższałem ogrodzenie i płaciłem za straty. Któregoś dnia, pędzony przez sąsiadów, gdy uciekał z łupem, wpadł pod jadący samochód. Nauczył mnie dwóch rzeczy: Nigdy nie brać psa niewiadomego pochodzenia, oraz nie dawać mu imienia swego wielkiego poprzednika – wraz z imieniem nie przejmuje się mądrości.

Postanowiłem wziąć psa z rodowodem. Zadzwoniłem do Zosi przewodniczącej naszej Komisji Kynologicznej z prośbą: „poszukaj mi szczeniaka wyżła szorstkowłosego ale z „najlepszego domu.””. Po kilku dniach mam telefon – są szczeniaki na Śląsku, po dobrych rodowodowych rodzicach. Jadę natychmiast i wybieram psa który pierwszy do mnie podszedł. W pogawędce wspominam Tropa, „takiego psa już nie będę miał” – stwierdzam. „Takiego jak on na pewno nie” – odpowiada starszy pan, tamtejszy znawca psów – „ale może być przecież lepszy”. Uznaję to za dobry żart i pełen obaw zabieram Axla z Lazurowego Stawu – bo takie miał imię w rodowodzie – do domu.

Axel - wyżeł niemiecki szorstkowłosy

Axel

Gdy skończył 5 miesięcy rozpoczęliśmy naukę. Chodzenie przy nodze, siadanie, warowanie, aport. Był pojętnym uczniem. W wieku 8 miesięcy wykonywał wszystkie wyuczone polecenia, włącznie z warowaniem na wyciągnięcie ręki i zostawaniem do mojego powrotu. Od jesieni aportował ptactwo i zające na zbiorówkach. Gdy skończył rok rozpocząłem układanie go jako posokowca. Uczył się błyskawicznie i osiągnął najwyższy stopień wtajemniczenia. Nie było postrzałka zwierzyny grubej, którego by nie doszedł. Wyciskał koguty z największych chaszczy. Pływał doskonale. A przede wszystkim był moim największym przyjacielem, członkiem naszej rodziny. Jeździł ze mną na rykowiska i polowania w Bieszczady i Sudety. Nigdy nie przeszkadzał, zawsze pomagał, gdy była potrzeba. Nie jedną księżycową noc spędziliśmy w lesie oczekując na dziki. Leżał spokojnie pod amboną, czekając kiedy będzie potrzebny. Pies podróżnik – gdy zobaczył otwarty bagażnik samochodu natychmiast wskakiwał i leżał cichutko byle go tylko zabrać. Przejechał z nami całą Polskę. Był ulubieńcem kempingów, pływał po jeziorach, zwiedzał z nami miasta i zabytki. Jeździł w odwiedziny i na sylwestry. W domu siadał ze mną przy kominku i godzinami patrzył w ogień. Gdy po polowaniu siadaliśmy wesołą kompanią przy myśliwskim stole, zajmował miejsce na ławie wśród nas i pilnie przysłuchiwał się rozmowom. Na polowych mszach hubertowskich organizowanych przez nasze Koło siadał przy mnie przed kapliczką i w skupieniu był uczestnikiem wydarzenia. Tak było i w tym roku, gdy uklęknąłem delikatnie liznął mnie w policzek. Nie przeczuwałem że są to jego ostatnie godziny. O pierwszej w nocy obudziło mnie jego szczekanie, był nienaturalnie gruby. Natychmiast wyruszyliśmy z żoną do lecznicy, która zwyczajowo pełniła dyżury nocne. Tej nocy nikt nam nie otworzył, rozpoczęła się szaleńcza jazda po mieście w poszukiwaniu dyżurującego weterynarza. Około trzeciej pies był na stole operacyjnym. Niestety martwica żołądka zrobiła swoje – nie dożył do rana. Miał 10 lat i był psim profesorem. To co czułem zrozumie tylko ten kto stracił nagle kogoś najbliższego. Przyjechali nasi przyjaciele. W milczeniu przygotowaliśmy solidną skrzynie i pogrzebaliśmy Axla z należnymi mu honorami. Koło straciło doskonałego psa, ale my z żoną straciliśmy przyjaciela i towarzysza wszystkich wypraw.

Eks - "Exel" - wyżeł niemiecki szorstkowłosy

Eks – „Exel”

Wieczorem zadzwonił Jarek. Znalazł kilka ogłoszeń o sprzedaży wyżłów szorstkowłosych. Nie chciałem nawet słuchać, rana była za świeża, w dodatku szczeniak na zimę to nie najlepszy pomysł. Analizowaliśmy za i przeciw, w końcu stwierdziłem, tylko zadzwonię niezobowiązująco. Zwłaszcza, że jedno ogłoszenie mnie zaintrygowało – pies miał 6 miesięcy, można zacząć układać. Tylko dlaczego go nikt nie wziął, może ma jakąś wadę? Zapewniam żonę, że nie wezmę bo pies już na pewno przywiązany do właściciela i będą problemy z adaptacją. Jednak cały dzień myśli wracają do tego ogłoszenia. W końcu dzwonię, pytam o rodowód i pochodzenie rodziców. Gdy słyszę imię matki aż siadam z wrażenia. Aisza z Lazurowego Stawu !!! To przecież siostra Axla. Pies był zamówiony, lecz zamawiający się nie zgłosił. Decydujemy się – natychmiast bierzemy. Za dwa dni jest święto 11 listopada – jedziemy, a odległość duża, bo 300km… Szczeniak już naprawdę wyrośnięty, szaleje wokół domu z parą rodzicielską. „Niedobrze” mówimy, „będzie rozpacz przez kilka dni a może dłużej”. Po załatwieniu formalności z duszą na ramieniu bierzemy psa do samochodu i przewidujemy najgorsze. Eks, bo takie imię ma w rodowodzie, siada i przez 6 godzin jazdy nawet nie pisnął. Jesteśmy w szoku. Na pewno w nocy będzie rozróba, przygotowujemy plan jak go uspokajać. Pies zjada miskę i natychmiast zajmuje miejsce Axla w pokoju myśliwskim. Śpi kamiennym snem do rana. Gdy schodzę na dół radośnie kręci kuprem. Wychodzimy do ogrodu – błyskawicznie zwiedza wszystkie możliwe miejsca i wraca do mnie. Idziemy na dłuższy spacer – pies krąży cały czas w zasięgu wzroku, gdy się zatrzymam natychmiast wraca. Reaguje na każdy mój sygnał. Jest niezwykłym uczniem.

Po trzech dniach nauki chodzi przy nodze i siada na rozkaz. Dziś polowanie na koguty. Waham się czy go zabrać, czy nie za wcześnie. W końcu decyduję się pojechać, zobaczymy jak zareaguje na strzały. Koledzy biorą pierwsze pędzenie, pada kilkanaście strzałów pies…ciągnie w tamtym kierunku. Podchodzimy i włączamy się do poszukiwania postrzałka. Po chwili Eks trzyma już koguta i niesie w moim kierunku, oddaje choć niechętnie. Idziemy z grupą i pies pracuje niemal jak dorosły, aportuje jeszcze 4 koguty. Gdy biega po podwórzu zachowuje się jak szczeniak, kradnie miotły i łopaty do odśnieżania. Znosi na środek podwórza wszystko, co tylko da radę udźwignąć. Gdy jedziemy na polowanie poważnieje, ciekawy wszystkiego, ale nie uciążliwy. Po tygodniu w sobotę „zaliczamy” zbiorówkę na dziki – chodzi przy nodze cały czas i spokojnie zachowuje się w czasie pędzenia. W trzecim miocie przed nami biegnie spory dzik. Puszczam go za linię i daję strzał, dzik roluje w ogniu, pies patrzy ciekawie, nie szarpie i nie ujada. W niedzielę znowu polowanie na bażanty. Eks pracuje niemal jak dorosły, aportuje 10 kogutów i nawet zaczyna robić stójkę do postrzałków które ukryły się w trawach. Następny tydzień w sobotę znowu dziki i na otoku dochodzimy sztuk które nie zostały w ogniu, Trzyma się dobrze tropu. W niedzielę polowanie na zające i co prawda nie może usiedzieć widząc biegające szaraki ale najważniejsze że nie szarpie, nie szczeka i nie próbuje wyrywać. Codziennie utrwalamy chodzenie przy nodze, siadanie i warowanie.

Za parę dni minie dwa miesiące tego super szybkiego kursu łowieckiego na którym jest Eks. Koledzy wołają na niego Exel, a ja wracam myślami do tego, co się wydarzyło w moim myśliwskim życiu w ciągu ostatnich lat i tych dwu miesięcy. Zastanawiam się, czy to zwykły przypadek. Czy istnieje reinkarnacja? Co za los wymienił mi psy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki? Co sprawia, że moje sukcesy łowieckie znacznie przerosły najśmielsze młodzieńcze marzenia? A może po prostu potrafię się cieszyć najdrobniejszymi sukcesami i jak mówią koledzy „odcinam kupony od mojego dotychczasowego życia łowieckiego”? Któż to wie. Eks na pewno nie będzie taki jak Axel. „Ale może być przecież lepszy”. Ma na to zadatki, a ja staram się mu to umożliwić. Wierzę że już od następnego sezonu będzie cierpliwie leżał pod amboną, gotowy do pomocy, jak jego wielki poprzednik.

J.Chmiel

Komentowanie jest obecnie zablokowane.